Ponad 70 lat temu w Radomiu na ulicy Żeromskiego wiele rzeczy wyglądało inaczej niż teraz. Jednak mieszczący się pod numerem 2 zakład zegarmistrzowski należący do rodziny Stachowiczów zdołał się oprzeć upływowi czasu i do tej pory świadczy swoje usługi kolejnym pokoleniom radomian.

Lata wojny i po wojnie

Ja wychowałem się na zapleczu tego sklepu, tutaj moi rodzice mieli mieszkanie - wspomina Jerzy Stachowicz- Od dziecka przychodziłem do warsztatu taty, pracować zacząłem w wieku 15 lat, natomiast na własny rachunek zakład prowadzę od 1973 r. Na Żeromskiego 2 mieścimy się od 1945 r. Mój ojciec był przedwojennym zegarmistrzem, wcześniej prowadził zakład w Łodzi, a w czasie okupacji przyjechał do Radomia. Na skutek różnych życiowych zawirowań firma kilka razy zmieniała siedzibę, kiedyś działała w innym punkcie na Żeromskiego, potem na rogu 25 Czerwca. Gdy Niemcy zajęli budynek, ojciec musiał stamtąd uciekać. Co prawda chcieli, żeby został, nie ruszali rzemieślników, pozwalali im dalej robić swoje, ale przecież żaden Polak wówczas nie chciał pracować w niemieckim budynku. Tata przeniósł się na Wałową 22, a potem, już po wojnie, dostał ten lokal, w którym do tej pory jesteśmy – wypalony, pusty, z mieszkaniem na zapleczu - od radzieckiego komendanta wojennego. Naprawił mu zegarek, czego nie umiał zrobić nikt inny, a wtedy usłyszał: W takim razie Pan pójdzie na miejsce jednego z zegarmistrzów na Żeromskiego, a tamten przyjdzie na miejsce Pana. Tata odpowiedział, że my w Polsce tak nie robimy, jeśli chcecie mi pomóc, to dajcie mi lokal od ulicy, ale taki, który stoi pusty. I tak trafiliśmy tutaj, nawet mam jeszcze tę urzędową decyzję na kartce papieru w kratkę. Później ja kupiłem udziały, bo mnie chcieli stąd wyrzucić na 50-lecie zakładu… Ale jakoś udało się przetrwać, najpierw wojnę, a potem lata komunizmu.


Budziki, chodziki...
Zaczynałem od napraw najprostszych zegarków, budzików i chodzików, ale tak mnie to interesowało, że czasami, pomimo sprzeciwu taty, próbowałem swoich sił również ze starymi zegarami z jego kolekcji. Potem mnie chwalił i równocześnie prosił, żebym na razie wprawiał się w podstawowych konstrukcjach. Lecz ja byłem niecierpliwy, chciałem robić coraz trudniejsze rzeczy… Ten świat mnie wciągnął i zafascynował.

Zegary z duszą
Przez nasz zakład przewinęło się bardzo dużo starych zegarów, antyków, nawet z XVIII wieku, o niesamowicie skomplikowanej budowie. Do dzisiaj takie naprawiam. Oczywiście trafia do nas również dużo zegarów nowoczesnych, ale też mnóstwo mechanicznych. Ludzie przynoszą zegary z kukułką, różne „kwadransiaki”, na trzy wagi, takie wielkie, stojące szafy, zegary radzieckie… Bez przerwy siedzę przy tokarni i dorabiam części. Teraz praktycznie nie ma zegarmistrzów, ten zawód wymiera, nikt się nie chce uczyć, a z drugiej strony wielu ludzi wraca do starych zegarów mechanicznych. Także kiedy kupują nowe, wolą mechaniczne. Nie kwarcowe, na baterie, tylko właśnie zegary z duszą. Do naprawy przyjmujemy wszystkie zegary. Mamy umowy serwisowe z największą grupą zegarmistrzowską w Szwajcarii, tak zwaną The Swatch Group, do której należą Omega, Rado Longines, Certina, Tissot, CK, Swatch i wiele innych marek. Nawet niedawno byłem na szkoleniu z nowych konstrukcji. To bardzo skomplikowane mechanizmy, bez odpowiedniego oprzyrządowania trudno jest nawet dostać się do środka. Jeśli ktoś się na tym nie zna i nie ma odpowiednich narzędzi, zamiast naprawić szybko zniszczy.


Mam go po dziadku...
Dużo ludzi przynosząc stary zegar do naprawy, dzieli się z nami jego historią. Często słyszymy: wie Pan, należał jeszcze do mojego dziadka, a on z kolei dostał od swojego… Chciałbym go zachować dla siebie na pamiątkę, a później przekazać dzieciom, żeby szedł dalej przez kolejne pokolenia... Niedawno starsza pani przyniosła do mnie przepiękny zegarek kieszonkowy w podwójnej złotej kopercie, który chciała podarować wnukowi. Miała go właśnie po dziadku, z przeznaczoną dla niego piękną dedykacją z lat 20 ubiegłego wieku. Ten człowiek był dyrektorem konsorcjum przemysłowego ziemi radomskiej i otrzymał taki prezent na obchody jakiegoś jubileuszu. W tamtych czasach kosztowało to ogromne pieniądze. A teraz ktoś nie mógł się dostać do mechanizmu, próbował od niewłaściwej strony, przez co uszkodził kopertę, zrobił w niej dziurę. Pani przyniosła zegarek praktycznie w kawałkach. Ja stwierdziłem, że to naprawię i naprawiłem, złotnik pomógł polutować... Była bardzo szczęśliwa, nie przypuszczała, że to się da zrobić i że tak pięknie to wyjdzie. Szczerze mówiąc, nie było łatwo, ale ponieważ była to przedwojenna pamiątka z Radomia, uznałem, że nie można tego stracić. A dodatkowo jeszcze zorientowałem się, że pierwszy właściciel najprawdopodobniej znał mojego stryja, który przed wojną był dyrektorem komunalnej kasy oszczędności w Radomiu i oficerem wojska polskiego. Niestety zginął w Katyniu... Tak, długo wtedy rozmawialiśmy o historii tego zegarka...


Z ojca na syna
Jestem drugim pokoleniem zegarmistrzów z zakładu przy Żeromskiego 2 w Radomiu, razem ze mną pracuje mój syn Piotr. Także wnuczki już przychodzą do warsztatu i podbierają mi narzędzia… Śmiałem się, bo ten najmłodszy, 7-letni, powiedział raz: Wiesz co, dziadku, chyba będę jednak zegarmistrzem. Odpowiedziałem, że to fajnie, dam ci lupę, pincetkę, śrubokręty… A on na to: dziadku, nie… wiesz, co ja bym chciał od ciebie? Ten młoteczek… (śmiech). Bardzo się interesuje rodzinnym fachem, bierze stare części do zegarków, pakuje, układa, opisuje i mówi: dziadku, teraz będę robił zegarki.
Proszę bardzo.

Katarzyna Molenda